poniedziałek, 11 lutego 2013

Krew Bogów, opowieść 5: Skarb? Skarb!!!

Zostawiłem za sobą Zimne Mokradła i ruszyłem dalej na północ. Górska ścieżka jest dość wąska i kręta ale wolę to niż bagienną wilgoć i ścierwieńce - obrzydliwe, czarne robactwo, które wciśnie się wszędzie żeby tylko wyrwać kawałek ciała i upuścić trochę krwi. Jeszcze tylko kilka godzin i dotrę do karczmy. 

Nagle usłyszałem dochodzący z góry tętent kopyt. Jakiś szaleniec gnał na złamanie karku w dół wąskiej i krętej górskiej ścieżki! Po chwili wyłonił się zza załomu skały. Ledwo zdążyłem odsunąć się na bok i pociągnąć za sobą konia. Minął mnie, nawet nie zwalniając... Zaledwie straciłem go z oczy za kolejnym zakrętem szlaku prowadzącego w dół, a już słyszałem odgłos kopyt dochodzących z góry. Jeszcze bardziej odsunąłem się na bok i zacząłem uspokajać mojego wierzchowca. Jeźdźców było trzech. W dłoniach trzymali obnażone miecze. Stanęli ciasno wokół mnie, niemal wgniatając w skalną ścianę. Brodacz, wyglądający na przywódcę, obrzucił mnie szybkim spojrzeniem.

 - To nie ten! - wrzasnął. - Dalej za tamtym, nim nam zwieje!

Konni ruszyli w dół i po chwili nie było po nich ani śladu. Stałem jeszcze przez kilka minut, czekając, czy nie pojawi się ktoś jeszcze, kto mógłby mnie stratować albo strącić w przepaść. Ale nikt nie nadjeżdżał. Ruszyłem w dalszą drogę pod górę. 


Minęła może godzina. I znów na ścieżce powyżej usłyszałem jakieś głosy. Po chwili ujrzałem ich przed sobą. Czterech mężczyzn prowadziło dwa juczne kuce. Z juków wystawały styliska łopat i kilofów. Po bokach zwoje lin. Pozdrowiłem ich gestem dłoni.

 - Witajcie. Dokąd to droga prowadzi?

Przez chwilę patrzyli na mnie w milczeniu, wymieniając pomiędzy sobą porozumiewawcze spojrzenia. W końcu jeden z nich odezwał się niepewnym głosem: 

 - Idziemy do Rokkak. Podobno otworzyli tam kopalnie złota. Chcemy się zatrudnić...
 - I wieziecie ze sobą narzędzia? Nie mają tam własnych?
 - Pewnie mają. Ale słyszeliśmy, że jak ktoś ma własny sprzęt to więcej płacą...

Pokiwałem w zamyśleniu głową. 

 - No cóż, życzę wam powodzenia. A uważajcie na szlaku. Straszny dziś ruch...
 - Naprawdę? - zainteresował się jeden z nich. - Dużo ludzi widziałeś na drodze?
 - W ciągu ostatniej godziny czterech...
 - Musimy ruszać! - pospiesznie odpowiedział i szarpnął kuca za uzdę. - Bywaj!

Ominęli mnie i rozmawiając przyciszonymi głosami poszli dalej.Zdziwiony patrzyłem za nimi przez chwilę a potem zacząłem wspinać się dalej...

Pod wieczór dotarłem do karczmy. Zaskoczył mnie niezwykły spokój i cisza... Zwykle to miejsce tętniło życiem. Kupcy i myśliwi, najemnicy i rzemieślnicy. Podróżujący pomiędzy Nadrin i Auroną zawsze się tu zatrzymywali na odpoczynek i kufelek czegoś na rozgrzewkę. W karczmie było pusto. Ani jednego gościa. Karczmarz siedział za kontuarem i leniwie wycierał go szmatą. Podniósł na mnie wzrok

 - Ty też na wschód?
 - Nie, wprost przeciwnie, do Aurony... A czemu tu tak cicho?
Jak to? O niczym nie słyszałeś? - Zdziwił się nie na żarty.  - Naprawdę???
 - Podaj lepiej piwo i pieczeń. Lepiej się słucha przy jedzeniu.

Karczmarz zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Po chwili wrócił z dzbanem złocistego trunku i parującą miską.

 - No więc wszystko zaczęło się jakieś dziesięć dni temu. W dolinę zeszła lawina i wyrzuciła ze sobą zwłoki jakiegoś biedaka, który zamarzł w górach. Przeszukaliśmy go i znaleźliśmy jakieś papiery. Część wyglądała na dość stare, inne na niedawno spisane i nakreślone. Bo niektóre z tych papierów to były jakieś mapy czy plany. Wszyscy zaczęli je sobie wyrywać i mądrzyć się, co to na nich może być. Ktoś nagle rzucił, że to lasy Nadrin i że to na pewno mapa do zakopanego skarbu. Zerwali się, jakby sam Wściekły Troll tu wpadł. Nie minęło nawet pół godziny a nie było tu żywego ducha. Wszyscy pojechali. Nawet mój pomocnik uciekł z tą bandą głupców. A na dodatek rozkradli mi wszystkie narzędzia i liny. Czyste wariactwo...
 - A mapa?
 - Wyrywali ją sobie z tąk do rąk i zostały z niej tylko strzępy. "W lasach Nadrin jest skarb!: - tak krzyczeli.
 - Bzdura. Znam północne Nadrin jak własną kieszeń. Nie ma tam żadnego skarbu.
 - Naprawdę nie zawrócisz?
 - A po co? Jadę do Aurony, a nie szukać wiatru w polu. Dolej jeszcze piwa, zostanę na noc. I przyszykuj mi najlepszy pokój - jest w czym wybierać! - zaśmiałem się.


*****

Kończyłem właśnie śniadanie, gdy do karczmy weszło kilku mężczyzn. 

 - Chcemy kupić żywność na dwa tygodnie - powiedział beż zbędnych wstępów jeden z nich.
 - Oczywiście - odpowiedział karczmarz - wolicie dziczyznę czy wołowinę?
 - Może być wołowina. - odparł przybysz - A nie masz przypadkiem kilku łopat na sprzedaż?