poniedziałek, 25 lutego 2013

Krew Bogów, opowieść 6: Stary MakDonald

Szeroki trakt wił się w lekkich zakrętach podążając wzdłuż rzeki. Na jej południowym brzegu widać było ciemną ścianę gęstego lasu. Przed sobą, w oddali dostrzegłem wąską smużkę dymu leniwie unoszącą się nad horyzontem. Szarpnąłem lejce poganiając konie. Niechętnie przyspieszyły kroku, koła wozu zaskrzypiały nieco głośniej. "Jeszcze godzinka i dojedziemy na miejsce" pomyślałem. 

Jechałem do Aurony Małej, ale postanowiłem nadłożyć trochę drogi i odwiedzić z dawna niewidzianego przyjaciela. Stary MakDonald mieszkał samotnie na południu tej krainy w otoczeniu pól i zagród swojej farmy. Poznałem go dawno temu, podczas mojej pierwszej wyprawy w te strony. Wtedy jego farma dopiero powstawała. Staruszek strasznie się szarpał ścinając drzewa i oczyszczając teren pod uprawę i hodowlę. Zostałem z nim jakiś czas pomagając postawić pierwsze zabudowania i zasiać pierwsze zboże. Od tego czasu farma MakDonalda rozrosła się do całkiem sporych rozmiarów. Zajmował się głównie produkcją żywności, od czasu do czasu zajmując się wytwarzaniem przedmiotów ze skóry. Wiódł spokojny żywot nie wchodząc nikomu w drogę. Pomimo swoich lat trzymał się nieźle, ale za każdym razem jadąc do niego zastanawiałem się, czy go jeszcze zobaczę....Widząc dym nad zabudowaniami uspokoiłem się - staruszek najwyraźniej chodził jeszcze po tej ziemi. 

Mijając pola i zagrody dla bydła wjechałem na podwórze. Stary MakDonald siedział przed swoim warsztatem i wyprawiał skórę rozciągniętą na drewnianych żerdziach. Na mój widok wstał i uśmiechnął się szeroko. Wstał, wytarł ręce o skórzany fartuch i podszedł w moją stronę. Zeskoczyłem z wozu i uściskaliśmy się serdecznie.

 - Witaj stary druhu - powiedziałem
 - Nie jestem aż taki stary - obruszył się - no a przynajmniej nie taki stary jak na to wyglądam - dodał.
 - Nie wiedziałem, że polujesz - ruchem głowy wskazałem na skórę. Dopiero teraz dostrzegłem olbrzymi łeb dzika leżący z tyłu. - Ale olbrzym. Kupiłeś go?
 - Sam go ubiłem! - obruszył się MakDonald. 
 - Sam??? Nie obraź się, ale ta bestia jest większa od ciebie. Nawet ja miałbym kłopoty, żeby go powalić. Czyżbyś zaczął posługiwać się magią?

Gospodarz spłunął z nieukrywaną niechęcią.

 - Przecież wiesz, że trzymam się z dala od czarów. Nie ma w tym nic dobrego. Sam go ubiłem i tyle.
 - Naprawdę? - nadal nie dowierzałem.
 - A właśnie tak! Właził mi w szkodę psia jucha. Zboże niszczył, pole buchtował jakbym tam zakopywał jakieś żołędzie czy inne świństwo. Bydło mi straszył! No to zaczaiłem się na niego wieczorem i jak tylko się pojawił i zaczął ryć to pizgłem go toporem przez łeb. I po sprawie!

Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem. Dzik był całkiem spory. Wystające z pyska szable miały z pół łokcia długości. Nawet w kniejach Nadrin rzadko można było spotkać taki okaz. A MakDonald nie wyglądał na aż tak krzepkiego, żeby położyć olbrzyma jednym ciosem. Nagle uzmysłowiłem sobie, jak silny był jego uścisk, jak mocno złapał mnie za rękę na powitanie... Coś zmieniło się w jego postawie. Nie był tak przygarbiony, jak wtedy gdy widziałem go po raz ostatni... 

 - Czy wszystko jest z tobą w porządku? - zapytałem podejrzliwie
 - Jak najbardziej! - roześmiał się pogodnie.

Dziarskim krokiem podszedł do pieńka stojącego opodal. Postawił na nim spory dębowy klocek, bez trudu machnął siekierą i rozrąbał go na pół bez najmniejszego wysiłku. Potem zamachnął się i cisnął siekierę w stronę domu. Przeleciała ze dwadzieścia kroków i wbiła się w ścianę. Otworzyłem szeroko oczy ze zdumienia... MakDonald podszedł do mnie i klepnął mnie w ramię.

 - Nieźle, co? - zarechotał szczerze rozbawiony moją miną.
 - Nic nie rozumiem... Zmieniłeś dietę czy co?!?
 - Nic z tych rzeczy. Odżywiam się zdrowo i regularnie tak jak zawsze. Ale odkryłem takie jedno miejsce niedaleko stąd... Zawsze jak stamtąd wracam to czuję się o 30 lat młodszy i sprawniejszy
 - Żartujesz sobie ze mnie...
 - Nic z tych rzeczy! Chodź, opowiem ci wszystko. Głodny jesteś? Przygotowałem gulasz z dzika! - zaśmiał się i ruszył w stronę domu...