środa, 6 marca 2013

Krew Bogów, opowieść 7: Osadnicy

Odciąłem dwie ostatnie gałęzie od pnia i wyprostowałem plecy. Jeszcze cztery, może pięć takich pni i będę miał wystarczająco dużo drewna, żeby dokończyć budowę warsztatu. Usiadłem na ziemi i wyciągnąłem z torby chleb i trochę pieczonego mięsa. Pora trochę odpocząć i nabrać sił przed dalszą pracą. Promienie słońca leniwie igrały na liściach poruszanych lekkimi podmuchami wiatru. Leśną ciszę od czasu do czasu przerywał śpiew jakiegoś ptaka. Przełknąłem ostatni kęs i sięgnąłem po bukłak z wodą. Poczułem jak zimna woda spływa poprzez gardło i wypełnia żołądek orzeźwieniem. Przymknąłem oczy grzejąc twarz w słońcu...


*****


Myśliwy schylił się i powoli zrobił krok naprzód. Uważnie postawił stopę na ziemi, zwracając baczną uwagę, żeby nie nadepnąć na żadną suchą gałązkę ani nie potknąć się o wystający z ziemi korzeń. Jeleń skubał trawe nie przeczuwając zbliżającego się niebezpieczeństwa. Łowca zrobił jeszcze jeden krok zajmując dogodną do strzału pozycję. Uniósł łuk, napiął cięciwę i wycelował w szyję zwierzęcia. Na ułamek sekundy wstrzymał oddech i wypuścił strzałę...


*****

Po mniej więcej godzinie podniosłem się w końcu z ziemi z silnym postanowieniem zabrania się do roboty. Otrzepałem ubranie z igliwia, podniosłem siekierę i podszedłem do pobliskiego drzewa. Zamachnąłem się do pierwszego uderzenia. Ostrze wbiło się w pień tuż nad ziemią. Oderwany kawałek kory odsłonił żółto - różowe drewno...


*****

Dokładnie w tej samej chwili, w której zagrała zwolniona cięciwa w oddali rozległo się głuche uderzenie - odgłos topora wbijanego w drewno. Jeleń skoczył raptownie do przodu roztrącając gałęzie pobliskiego krzaka. Jedynym śladem, jaki po nim pozostał były lekko drżące liście. Strzała przecięła powietrze i zniknęła w lesie chybiając celu. Myśliwy zaklął. Chwilę zastanawiał się w milczeniu a potem ruszył w stronę dochodzących z oddali odgłosów uderzeń. "Zaraz się przekonam, kto spłoszył mi obiad..." - pomyślał zakładając łuk na plecy i wyciągając zza pasa toporek. 


*****

Po kolejnym uderzeniu podcięte drzewo zatrzeszczało i powoli runęło na ziemię z głuchym dudnieniem. Otarłem pot z czoła i właśnie chciałem zacząć odcinać pierwszy z grubych konarów, gdy za plecami usłyszałem jasny, wysoki głos...

 - Witaj nieznajomy. Kim jesteś i co tu robisz?

Powoli odwróciłem się. Kilka metrów ode mnie stał wysoki mężczyzna ubrany w skórzany strój. Przez plecy miał przewieszony łuk, w ręku trzymał niewielki topór. Stałem zaskoczony a przez głowę przebiegały mi niespokojne myśli. Jest przyjacielem czy wrogiem? Chyba nie ma złych zamiarów, bo w przeciwnym wypadku po prostu strzeliłby mi w plecy. Jego pojawienie się zupełnie mnie zaskoczyło - od czasu spotkania z Alice u Źródeł Goryczy nie spotkałem żadnego człowieka. Przybysz wyczekująco mierzył mnie wzrokiem. W końcu powoli wsunął toporek za pas i złożył ręce na piersiach. Zdecydowanie nie miał złych zamiarów. 

 - Jestem Elludrin. Mieszkam tu niedaleko - wskazałem ręką w stronę rzeki. - Mam już dom a teraz buduję warsztat. Jestem budowniczym i rzemieślnikiem. A ty... kim jesteś?
 - Zwą mnie Ulfar. Wędruję po tych lasach. Jestem myśliwym, umiem też wyprawiać skóry i robić z nich różne przedmioty. Jak widzę mamy ze sobą co nieco wspólnego. - uśmiechnął się nieznacznie.
 - Jesteś wędrowcem? A nie myślałeś o tym, żeby się gdzieś osiedlić? W Dolinie jest dużo miejsca. Zmieszczą się domy, warsztaty, jest dużo miejsca na pola i zagrody. Może z czasem dołączą inni...
 - Osiedlić się? Pradę mówiąc nie zastanawiałem się nad tym... Może to nie jest taki zły pomysł... Coraz więcej tu goblinów i innych stworów. Ale nie odpowiem ci teraz muszę to przemyśleć. A teraz porozmawiajmy o moim obiedzie, który mi przez ciebie uciekł.


*****

Ulfar pojawił się w Dolinie kilka dni później. Na plecach niósł tobołek ze zwiniętych skór. Z westchnieniem ulgi zrzucił go na ziemię.

 - Witaj ponownie - przywitałem go
 - Witaj - powiedział - postanowiłem przyjąć twoje zaproszenie i oto jestem. Znajdziesz dla mnie jakieś miejsce?

Zatoczyłem ręką szeroki łuk.

 - Jak widzisz miejsca jest dość. Jeżeli chcesz to pomogę ci zbudować dom. We dwóch robota pójdzie szybciej!


*****

Przechadzałem się z wolna po niewielkim poletku, na którym wysadziłem znalezione sadzonki lnu. Część roślin w ogóle się nie przyjęła, pozostałe wyglądały bardzo marnie. Nie wyglądało to zbyt obiecująco. Nie potrafiłem sobie wyobrazić jak z tych wyschniętych i poskręcanych łodyg można uzyskać surowiec do zrobienia tkaniny...

Podniosłem głowę i od razu zobaczyłem postać idącą dziarskim krokiem w moją stronę. To nie był Ulfar - on wyruszył wczoraj na polowanie. Nie będzie go conajmniej przez 5 dni. Poza tym ten idący w moją stronę mężczyzna był niższy, odniosłem wrażenie, że trochę się nawet garbi. Długie siwe włosy rozwiewał mu wiatr. Podpierał się sękatym kijem, u jego boku kołysało się kilka wypchanych toreb. Patrzyłem z zaciekawieniem w jego stronę. Po kilku minutach doszedł do pola. Stanął na jego krawędzi, zerwał kilka roślin, przełamał je i powąchał. Potem przyklęknął, pogrzebał w ziemi, podniósł się i splunął. 

 - Od razu widać, że się na tym w ogóle nie znasz. - zaczął beż żadnych wstępów. Po prostu mnie zatkało! Przybysz, nie zwracając najmniejszej uwagi na moje zdziwienie, ciągnął dalej - Jak chcesz to mogę uprawiać dla ciebie pole. Znam się też na zbożu i na hodowli. I na innych rzeczach też się znam.
 - A kim ty w ogóle jesteś, jeśli można spytać?
 - Jestem Herbimił. Herbimił Wieszczykur. - popatrzył na mnie a potem ogarnął spojrzeniem budynki stojące nad rzeką. - Ładnie tu. Zostaję. - minął mnie i ruszył w stronę Goryczy.

Przez chwilę stałem jak sparaliżowany a potem szybkim krokiem ruszyłem za nim.

 - Jestem Elludrin. Witaj w Kropli Słodyczy. - zatrzymał się nagle i odwrócił w moją stronę. - Wiem kim jesteś. I wiem co to za miejsce. A teraz chodźmy, wybiorę sobie miejsce do zamieszkania.

Po kilku chwilach weszliśmy pomiędzy budynki. 

 - Wiesz, mogę ci odstąpić jeden ze swoich domów. Mam ich kilka, a nie potrzebuję aż tak wielu.

Herbimił z dezaprobatą pokręcił głową. Nie zwalniając kroku przeszedł przez osadę kierując się w stronę wody. 

 - Nie ma takiej potrzeby. Sam zrobię sobie dom, o tam - wskazał ręką na wielki pień drzewa stojący tuż przy brzegu.

Pozostałości olbrzymiego dębu miały ponad 7 metrów średnicy. Pień był nadpalony - pewnie potężne niegdyś drzewo zostało zniszczone uderzeniem pioruna. W środku czerniała strawiona przez ogień i wyżarta przez próchnicę czeluść. 

 - Zrób mi tylko drzwi. A teraz już idź, muszę się urządzić. - Odwrócił się do mnie plecami i zniknął we wnętrzu wielkiego pnia.

Przez chwilę stałem jeszcze jak oniemiały a potem zostawiłem go w spokoju...


*****

Taki był początek miasta Kropla Słodyczy. Po Ulfarze i Herbimile przybyli następni. Lukazmus i Lotus, Alegoria i Lotus oraz wielu innych. Część z nich odeszła szukać szczęścia gdzie indziej. Część z nich nadal tu mieszka. Kto wie - może właśnie TY będziesz następny?