wtorek, 16 października 2012

Krew Bogów, opowieść 2: Przebudzenie

Mrok nocy rozświetliła błyskawica. Otworzyłem oczy dokładnie w tym momencie, aby ją dostrzec. I natychmiast zamknąłem je z powrotem oślepiony jej przerażającym blaskiem...

Światło i huk były pierwszymi rzeczami, których doświadczyłem. To są moje pierwsze wspomnienia. Chwilę później poczułem krople deszczu na skórze, podmuch zimnego wiatru na twarzy, chropowatą twardość skały pod moimi dłońmi. I choć nigdy wcześniej nie znałem deszczu, nie czułem kamienia, nie widziałem błyskawicy - wiedziałem czym są. Powoli, jakby nie będąc pewnym swoich nóg, podniosłem się i wyprostowałem. Wtem noc rozbłysnęła ponownie. Oślepiony i ogłuszony zachwiałem się i cofnąłem o krok. Kamień osunął się spod moich nóg a ja rozpaczliwie zamachałem ramionami aby odzyskać równowagę. Zdążyłem jeszcze dostrzec jak odłamki skalne lecą w kilkusetmetrową przepaść i znikają pośród spienionych, białych fal rozbijających się o urwisko. Odsunąłem się od krawędzi i nagle, poprzez padający deszcz, w niknącym świetle kolejnej błyskawicy ujrzałem olbrzymią postać... unoszącą się ponad wzburzonym morzem. Długie, czarne włosy rozwiewał wiatr. Oczy świeciły zimnym i przenikliwym bladoniebieskim blaskiem. W dłoni trzymała ... nie, nad jej otwartą dłonią unosił się kłąb przenikających się, drgających w nieustannym ruchu, jakby żywych... błyskawic! Postać spojrzała na mnie a potem usłyszałem głos, potężniejszy niż wiatr i grzmot, potężniejszy niż ryk morza "Idź na zachód... I nie zapomnij o mnie..." Odwróciłem się i biegiem ruszyłem przed siebie. Byle dalej od urwiska. 

Nie wiem jak długo biegłem. Nie wiem jak daleko udało mi się odbiec od urwiska. Wiatr nagle ucichł, morze przestało być tak głośne, deszcz zelżał i tylko pojedyncze krople spadały z zachmurzonego nieba. Ciemności zelżały a kiedy się odwróciłem za plecami dostrzegłem nikły blask świtu. Zwolniłem kroku i zacząłem się rozglądać dookoła. Z tyłu, za mną, zostało wysokie urwisko. Po prawej i lewej stronie, w pewnej oddali, dostrzegłem wodę. Byłem na usłanym kamieniami półwyspie, który łagodnie opadał i rozszerzał się ku zachodowi. W oddali widać było ciemną ścianę gęstego lasu. Ruszyłem dalej. Nagle, tuż spod moich stóp, poderwał się jakiś ptak. Stanąłem zaskoczony. Ptak zerwał się z gniazda i odleciał. Wśród kamieni znalazłem porzucone jajka - marny posiłek lae lepszy niż żaden. Pomyślałem, że gdybym miał jakąś broń to mógłbym upolować tego ptaka,  ale było już za późno, aby go gonić. Podniosłem z ziemi niewielki kamień, który z łatwością mieścił się w mojej dłoni. "Następnym razem będę przygotowany" - pomyślałem. 

Dostrzegłem jeszcze kilka ptaków, ale niestety żadnego nie udało mi się trafić. Musiałem zadowolić się jajkami. Kamienie i jajka, kamienie i jajka - obfitość tych rzeczy utkwiła mi w pamięci. Usiłując upolować jakiegoś ptaka , zbierając kolejne kamienie i pożerając kolejne jaja wędrowałem w stronę lasu. Słońce stało już dość wysoko, kiedy dotarłem do pierwszych drzew. Dostrzegłem coś w rodzaju ścieżki, nieco ciemniejszą ziemię jakby wydeptaną krokami wielu stóp. "Czyżbym nie był tu pierwszy? Czy to możliwe, że przede mną stali tu inni?". Z lekkim niepokojem ruszyłem dalej. 

Po przejściu kilkudziesięciu kroków drogę zagrodził mi olbrzymi pień drzewa powalony przez burzę - może tą ostatniej nocy? Kilka kroków w prawo pień kończył się plątaniną korzeni, do których wciąż poprzyczepiane były drobne rośliny leśnego poszycia. Zacząłe obchodzić zawalidrogę. Kiedy korzenie odsłoniły głęboki wykrot, na jego dnie dostrzegłem coś bielejącego pomiędzy liśćmi. Szkielet! Ludzkie kości! Przestraszony rozejrzałem się dookoła wypatrując niebezpieczeństwa. Nie dostrzegłem nic niepokojącego. Ostrożnie zsunąłem się w dół jamy. Kości musiały leżeć tu już dłuższy czas. Część z nich zaczynała się już rozpadać. Gdzie niegdzie mogłem dostrzec strzępy jakiejś materii. Oznaczało to, że drzewo nie zostało przewrócone wczoraj. Ciekawe, że nikt wcześniej nie odkrył tych szczątków. Albo może odkrył, ale pozostawił swojemu losowi... Nagle moją uwagę przykuła gałąź, a może raczej kawałek grubego konara, który wyglądał inaczej niż gałęzie, które mogłem zauważyć wokół. Ciekawość zwyciężyła nad strachem i wyciągnąłem kawałek drewna spomiędzy kości. Był zadziwiająco lekki... Wspiąłem się ponad krawędź wykrotu i odszedłem kilka kroków. Zacząłem dokładnie oglądać dziwne znalezisko. Drewno było równo obcięte na końcach. Jego powierzchnię pokrywały jasnobrązowe włókna biegnące wzdłuż. Zdawały się obrastać kiedyś ten kawałek, a teraz zdrewniałe i wysuszone, ściśle do niego przylegały.. Kiedy oglądałem drewno ze wszystkich stron w środku coś się poruszyło! Zdziwiony potrząsnąłem drewnem i teraz wyraźnie mogłem usłyszeć, że w środku coś jest! Pociągnąłem za obydwa końce, ze środka wypadł zwinięty w rulon kawałek cienko wyprawionej skóry. Rozwinąłem go i moim oczom ukazała się mapa. Gruba kreska linii brzegowej wypełniona była w środku symbolami gór i drzew. Krainy poprzecinane wąskimi wstążkami rzek. Na mapie widniało mnóstwo napisów oznaczających - jak się domyśliłem - nazwy miejsc, może nawet całych krain... Spojrzałem na mapę, bezradnie rozejrzałem się dookoła... Gdzie ja właściwie jestem? Skąd w ogóle pewność, że mapa pokazuje TEN ŚWIAT? Ale z drugiej strony po co komu mapa innego świata. Kręcąc kawałkiem skóry w prawo i w lewo przypominałem sobie krajobraz, który już zdążyłem obejrzeć. Półwysep, urwisko, płaskowyż opadający na zachód... Zachód! No tak! Wszystko stało się jasne! Odczytałem zatarte litery, narodziłem się na Uewisku Peruna.

Miałem iść na zachód. Czyli w stronę gór. Jeszcze raz spojrzałem na mapę. Mniej więcej w połowie drogi znajdowało się wzniesienie górujące nad okalającymi je lasami. Wzgórze Golwa. To będzie mój pierwszy przystanek...