wtorek, 23 października 2012

Krew Bogów, opowieść 3: Dom w Dolinie

Już drugi dzień byłem w drodze. Odkąd opuściłem Półwysep Peruna (taką nazwę odczytałem na znalezionej mapie) cały czas wędrowałem przez las. W gęstwinie drzew nie było żadnej drogi lub choćby wydeptanej w poszyciu ścieżki. Starałem się iść na zachód, jedynie nieznacznie skręcając ku południowi. Przez krainy oznaczone na mapie jako Celsa i Mik chciałem dotrzeć na Wzgórze Golwa. Liczyłem, że z jego szczytu będę mógł obejrzeć duży kawałek tej krainy i zdecydować co robić dalej. 

Podróż przez leśną gęstwinę była bardzo powolna. Często musiałem przedzierać się przez gęste krzaki i zarośla. Przechodzą przez Półwysep żywiłem się ptasimi jajami. Teraz musiałem zbierać leśne owoce, których o tej porze roku nie było zbyt wiele. Przechodząc przez Mik trafiłem na dużą polanę. Wśród gęstych traw rosły na niej wysokie rośliny o długich, włókniatych łodygach. Kilka z nich leżało na ziemi. Łodygi zaczęły się już rozpadać. Wziąłem kilka z nich do ręki - gdyby je ze sobą spleść mógłbym zrobić sobie jakieś okrycie. Pozbierałem rośliny i związałem w spory pęczek. Kilka z nich delikatnie wyrwałem z ziemi razem z korzeniami. Gdyby udało się je uprawiać i zrobić większą ilość materiału mógłbym uszyć porządne ubrania. 

Las zaczął rzednąć. Pomiędzy drzewami zobaczyłem otwartą przestrzeń wspinającą się lekko ku górze. Po kilkunastu minutach znalazłem się na szczycie. Południowy stok opadał łagodnie w dół. Od tej strony wzgórze nie było porośnięte lasem. W oddali zauważyłem niebieskie lśnienie wody - Rozlewisko. Duże jezioro otoczone mokradłami i grząskim gruntem, przez które przepływała rzeka Gorycz. Dalej na południe mogłem dostrzec zbocza gór. U ich podnóża Gorycz wiła się na zachód, do swoich źródeł. Na zachód... Postanowiłem iść właśnie tam. 

Żeby ominąć Rozlewisko trzymałem się w pobliżu lasu. Powoli zbliżał się do rzeki, aż w końcu dotknął jej brzegu. Postanowiłem zostać tu na noc, a następnego dnia wyruszyć dalej w górę rzeki. Rzeka zwężała się i robiła coraz bardziej rwąca. Brzegi stały się bardziej skaliste, nurt zaczął skręcać na południe. Nagle w odległości kilku kilometrów dostrzegłem na niebie smużkę dymu! Nie jestem tutaj sam...

Za kolejnym zakrętem otwierała się niewielka kotlina. Po prawej stronie, na niewielkim wzniesieniu zauważyłem kilka niewielkich poletek i zagród dla bydła. Za nimi, bliżej rzeki, kilka domów z drewna i kamienia. Wśród zabudowań cztery postacie krzątały się pakując torby i skrzynie. Powoli podszedłem w ich kierunku. 

Kiedy mnie zauważyli odrzucili na ziemię pakunki i sięgnęli po broń.Stojąca na przedzie kobieta zacisnęła dłoń na rękojeści miecza. 

 - Kim jesteś i czego tutaj szukasz? - zapytała podejrzliwym głosem.
 - Jestem Elludrin z rodu Draconis. Szukam miejsca, w którym mógłbym się osiedlić. Czy pozwolicie mi zamieszkać z Wami?
 - Spóźniłeś się. Właśnie opuszczamy tą krainę. Ale jeżeli chcesz to możesz tu zostać. To mój dom - odwróciła się i wskazała na drewnianą chatę. - Jest twój. A jeżeli chcesz możesz również korzystać z mojego warsztatu. 

Schowała miecz i pochyliła się nad jedną ze skrzyń. Wyjęła z niej niewielki toporek i małą drewnianą tarczę. 

 - Weź to. Przyda ci się ekwipunek - podała mi broń. - A teraz wybacz, musimy się pospieszyć z pakowaniem. Wyruszamy jeszcze dziś.

Odszedłem na bok i usiadłem na progu domu. Mojego domu... Przyglądałem się krzątaninie i zacząłem się zastanawiać dlaczego właściwie odchodzą? Czyżby ta kraina była aż tak nieprzyjazna? Może nie znaleźli tu tego, czego szukali? A może właśnie znaleźli...

Pakowanie dobiegło końca. Czwórka ze Źródeł - bo tak ich w myślach nazwałem - podeszła do mnie wolnym krokiem. Wyciągnęli ręce w geście pożegnania.

 - Powodzenia. Być może jeszcze kiedyś się spotkamy...

Objuczeni paczkami ruszyli w dół rzeki i powoli zaczęli znikać w oddali. Nagle zerwałem się na równe nogi i krzyknąłem za nimi

 - Jak masz na imię?
 - Alice... - dotarło do mnie z daleka.

Po chwili zniknęli wśród skał. Ciekawe, czy ich kiedyś zobaczę. Odwróciłem się i zajrzałem do wnętrza chaty. Łóżko, prosty stół i cztery krzesła. W jednym kącie szafa, w drugim skrzynia. Podniosłem wieko - pusta. Zostawiłem cały swój dobytek w środku i poszedłem obejrzeć warsztat. W jednym dużym pomieszczeniu stały dwa dyże stoły wyposażone w różne uchwyty u trzymadła z drewna i skór. Na kilku półkach porozrzucane narzędzia - piły, noże, strugi, dłuta... Widać obrabioano tu głównie drewno i skórę. Na początek wystarczy - i tak nie potrafię nic innego. Przypomniałem sobie, że przecież zebrałem len. Muszę zrobić coś, co pozwoli mi na utkanie porządnego materiału. 

Przez kolejnych kilka dni znosiłem drewno, naprawiłem kilka narzędzi. Zrobiłem sobie pałkę, którą nosiłem zatkniętą za pas oprócz toporka. Zrobiłem też jeszcze jedną tarczę - na wszelki wypadek. Udało mi się też zbudować warsztat tkacki. Materiał był o wiele mocniejszy i w końcu mogłem porządnie się ubrać. Posadziłem znalezione sadzonki lnu na polu, ale zmarniały po kilku dniach - najwidoczniej nie nadaję się na rolnika. 

Czas mijał powoli. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Ale nie czułem się spokojnie. Opuszczone domy sprawiały na mnie przygnębiające wrażenie. Pola leżały odłogiem. Nadeszła deszczowa jesień a ja siedziałem sam i ogarniały mnie czarne myśli... Czyżbym właśnie odkrył skąd wzięła się nazwa tej rzeki? Gorycz - czy to właśnie uczucie towarzyszy wszystkim, którzy tu przybędą? Muszę znaleźć innych ludzi bo inaczej oszaleję z samotności. Chcę, żebyśmy zbudowali wielkie, gwarne miasto. Pełne życia, przybyszów z dalekich krain i zamorskich towarów... Rozejrzałem się dookoła - ograniczona poszarpanymi skałami przestrzeń jest zbyt mała, żeby mogło osiedlić się tu więcej osób. Jeśli nie tu - to gdzie? Przypomniałem sobie Dolinę. Wielki las podchodzący aż do samej rzeki. Drzewa można wykarczować robiąc miejsce dla domów, warsztatów i zagród! Spakowałem swój ekwipunek i zdecydowanym krokiem wyszedłem z domu. 

Przez trzy dni wycinałem drzewa. Oczyszczałem z konarów i gałęzi. Mozolnie wyrównałem grunt i zacząłem budowę swojego własnego domu. Po kilku kolejnych dniach wznosiły się ściany. Minęły jeszcze dwa dni a kończyłem układanie dachu. Kiedy zatkałem ostatnią dziurę zsunąłem się na dół i z dumą popatrzyłem na swoje dzieło. Warto było. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.