piątek, 26 kwietnia 2013

Żenada tam i z powrotem

Uwielbiam "Hobbita". To wspaniała opowieść, przeczytać ją to zaledwie uchylić drzwi do olbrzymiej, cudownej krainy. Mój pierwszy "Hobbit" był pożyczony od kolegi znajomego i odbity na ksero. Nie dziwcie się - na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia dostanie tej książki w księgarni było niemożliwe, a zdobycie w antykwariacie graniczyło z cudem... Z "Władcą Pierścieni" było jeszcze gorzej.

Kiedy usłyszałem, że Peter Jackson zabrał się za przeniesienie opowieści o wyprawie Bilba na ekran byłem bardzo podekscytowany. Liczyłem dni do premiery, a potem musiałem przeżyć gorzkie rozczarowanie.Peter Jackson wyreżyserował film fantasy w oparciu o powieść Tolkiena w bardzo ładnych plenerach - i tyle na temat filmu.

"Hobbit" zszedł z ekranów i nadeszła pora na odcinanie gadżetowych kuponów. I nie chodzi mi o film na płycie czy kolejne wydanie książki. Gdzie nie spojrzeć czai się Bilbo i wszystko co z nim związane. Piórniki, plecaki, zeszyty, ołówki, długopisy, zakładki do książek, kubeczki, teczki na dokumenty, segregatory... Co tylko dusza zapragnie.

W jednym ze sklepó wypatrzyłem małe saszetki wiszące na stojaku. "Hobbit Mini Figures" - przeczytałem na opakowaniu i obudziła się we mnie natura smoka. Gromadzić i posiadać! Kupiłem kilka i... Kolejna porażka. W kolekcji 17 wzorów do zebrania, każdy model w trzech wersjach - złotej, srebrnej i brązowej. Czym się różnią - nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Figurki są brzydkie, topornie wykonane, śmierdzące tanim plastikiem i niepomalowane. Moja rada i ostrzeżenie - NIE KUPUJCIE ICH! Na prawdę nie warto.

Przeklinając własną głupotę przypomniałem sobie wydanie "Hobbita" zaopatrzone w objaśnienia i ozdobione oryginalnymi rysunkami autora. Kosztuje tyle co sześć figurek - jeżeli będziecie się zastanawiać wybierzcie książkę.